Thirty Seconds to Mars - relacja koncertowa

To był siódmy koncert ukochanego zespołu Thirty Seconds To Mars z moim udziałem, który nie mógł się odbyć bez kontrowersji... i to też "przeze mnie". Już od momentu ogłoszenia lokalizacji, fani nie byli zbytnio zadowoleni i po prostu się śmiali. Powstawały nawet memy. Na początku myślałam, że nie może być aż tak źle - do momentu, gdy nie zetknęłam się z organizatorami "prywatnie". Lecz o tym wspomnę jeszcze w przedostatnim i ostatnim akapicie.

Przybyłam na miejsce - czyli Dolina Charlotty w Słupsku - po godzinie 20:00, w momencie, w którym grał support. Polski zespół Miętha. Warto dodać, iż informacja o tym została podana dzień przed koncertem z błędnym (potem poprawili) linkiem do artykułu na ten temat. Niestety, nie jestem w stanie ich ocenić, ponieważ trafiłam praktycznie na sam koniec. Ale pomimo moich obaw, było całkiem sympatycznie. Ciekawe głosy, interesująca twórczość. Myślałam, że będzie bis (i oni raczej też tak uważali) - ale widocznie Marsom bardzo się śpieszyło.

Amerykański zespół Thirty Seconds To Mars, zgodnie z ich wolą, powinni być na polskiej scenie o godzinie 21:30 czyli o trzydzieści minut wcześniej niż planowano jeszcze dwa tygodnie temu. O dziwo, pojawili się o czasie! Tracklista za bardzo się nie zmieniła od ich ostatniego pobytu w Polsce - Kraków 2018 - a nawet więcej: show trwało znacznie krócej. Jednak ta część trasy wydaje się być znacznie "poprawiona" - jeśli chodzi o bliskość oraz kontakt z publicznością. Nigdy wcześniej nie byłam tak blisko chłopaków i jestem pewna, że mnie widzieli. Nie ma innej opcji. Lider zespołu, Jared Leto, był trochę małomówny, ale za to non-stop chwalił się swoją miłością do naszych pierogów. Udzieliło się to jego bratu i perkusiście, Shannonowi, którzy rzucał daniem w widownię. A skoro jesteśmy już przy nim... uważam, że znacznie lepiej mu się śpiewa "Remedy". Tremy nie było po nim widać. Bardzo chętnie schodził po schodkach, tak samo jak Jared - który później chodził po scenie machając dużą, biało-czerwoną flagą. Zmienił też lekko ubiór... dodał kapelusz, a perkusista zaś założył czapkę z daszkiem. Dwukrotnie wzięli fanów na scenę, jednak dopiero na końcu - w trakcie wielkiego finału - było ich najwięcej. Żeby było śmiesznie, publiczność (oraz ja) walczyła intensywnie w odbijanie ogromnych balonów. To była atrakcja ze strony zespołu, aczkolwiek pierwszy raz dotyczyła ona też mnie - bo musiałam, wraz z innymi fanami, je odbijać. Zabawa ogromna! Podobnie było z piłkami, które były rzucane przez Shannona - ten kto ją złapał, był na scenie. Jednak i tak znacznie więcej osób miało okazję zrobić sobie selfie z Jaredem i z nim potańczyć. Wydaję mi się, że oni sami byli zadowoleni z tegorocznego pobytu w Polsce, chociaż - niektórzy fani mi o tym opowiadali, ponieważ byli najbliżej sceny - Jared na 90% nie był zadowolony z zachowania ochrony. Tak czy siak - to był zdecydowanie mój najlepszy koncert Marsów, na jakim byłam... bo najbliżej. Dzięki temu czułam tę niesamowitą energię. Koncert wynagrodził wszystko.

Nadeszła wiekopomna chwila - przedostatni akapit na temat lokalizacji, organizacji oraz firmy ochroniarskiej. To była moja wina, że dopiero we wtorek, 23 lipca, napisałam do organizatorów w sprawie miejsc dla osób niepełnosprawnych. Ale przez cały czas byłam święcie przekonana, że "jakoś to będzie". Dopiero po głębszej analizie na podstawie zdjęć i filmików z tego miejsca, zaczęłam się niepokoić. Postanowiłam jakoś zareagować, ale takiej "rozmowy online" nie przeżyłam jeszcze z żadną, "oficjalną" osobą. Tylko FanPage "Festiwalu Legend Rocka" odpisał po ok. dwóch godzinach. Zapytałam o miejscach dla niepełnosprawnych, ponieważ istniało ryzyko, iż w Słupsku mogłam być nawet o 21:00. Bałam się tego, że ludzie będą ciągle stali jak to było na ich koncercie w Krakowie i niczego nie zobaczę. Zależało mi na tym, aby być najbliżej sceny - skoro miałam pierwszy sektor na biletach - i, żebym widziała. Ich ekipa techniczna, z tego co napisali, miała mi pomóc w dotarciu - ale nie mogli zagwarantować miejsc najbliżej sceny, bo nie ma żadnego numerowania i osoby, które miały przybyć, zajęliby miejsca w takiej kolejności, w jakiej przybyli. Zapytałam wobec tego, czy w takim układzie nie ma miejsc dla inwalidów? Oraz istniała duża możliwość, iż nie będę w stanie zobaczyć koncert? Odpisali, po moim przypomnieniu, kolejnego dnia. Poinformowali mnie, że w Dolinie Charlotty nie ma wydzielonych miejsc dla osób niepełnosprawnych w żadnym sektorze - jeśli mamy na myśli koncert Marsów. Dodali też, że "sektor I ma miejsca pod samą sceną, gdzie, rzeczywiście w praktyce większość ludzi stoi, ale ma również miejsca oddalone od sceny, skąd na pewno koncert obejrzę i zobaczę. Ich obsługa pomoże mi się dostać do 1 sektora, jednak dostępność miejsc dla wszystkich gości na naszych koncertach jest uzależniona od godziny przybycia, gdyż w takiej kolejności w jakiej Państwo wchodzicie do amfiteatru są zajmowane miejsca" - reasumując: pogubili się trochę. Dodali jeszcze numer telefonu, gdybym miała problemy z dotarciem lub potrzebowałabym pomocy. Zacytowałam ich samych, ponieważ - moim zdaniem - napisane przez nich zdania nie trzymały się kupy. Widocznie nie chcieli dłużej ze mną dyskutować, ponieważ odparli, że "pomogą, jak tylko będą mogli". Liczyłam na to i tak właśnie odpisałam. Postanowiłam jeszcze napisać do firmy Ticketmaster, ponieważ tam się kupowało bilety. Opisałam całą sytuację, ale ich odpowiedź (w dniu 24 lipca) mnie zmiażdżyła. Poinformowali mnie, iż "nie są organizatorem tego koncertu, jednak zawsze osoby poruszające się na wózku zajmowały miejsca na górze amfiteatru nad sektorem 3. Poprosili mnie, aby na miejscu imprezy poprosić ochronę o wskazanie odpowiedniego miejsca". Byłam w szoku i odpisałam im, że "mam sektor 1 (...) sektor 3 jest za daleko, bo nie każdy niepełnosprawny ma wzrok jak orzeł" pozdrawiając i kończąc rozmowę, bo wiedziałam, że oni mi nie odpiszą już. Miałam rację.

Przejdźmy teraz do dniu koncertu w opinii osoby niepełnosprawnej, która nie wymyśliła tej choroby w momencie narodzin i męczy się nią od ponad dwudziestu lat. Musiałam się nieźle najeździć swoim wózkiem, droga dzieląca amfiteatr i parking była naprawdę długa. I nierówna. Nie zamierzam nawet tego tłumaczyć, ponieważ trzeba byłoby wsiąść na wózek inwalidzki i "poczuć" to. Było mnóstwo śmieci - puste butelki po wodzie, puszki po piwie, jakieś kartki... Jedynie sklepik fanowski był prowadzony na poziomie. I kulturalnie. Przed wejściem do amfiteatru musiałam zostawić swój wózek inwalidzki, ponieważ nie można było na nim siedzieć nawet na schodkach. Owszem, byłam z opiekunami - ale dopiero w momencie poszukiwania miejsc siedzących, skapnęłam się, że sektor trzeci był naprawdę daleko od sceny. Ostatecznie byłam bodajże w piątym rzędzie sektora pierwszego z bardzo niewygodnymi ławkami. Warto jednak zaznaczyć, że to my wybraliśmy miejsca - a nie ochrona. Wiedziałam, iż moje czarne myśli się sprawdzą i będę musiała, z pomocą, stać przez cały koncert. Inaczej nikogo ani niczego bym nie zobaczyła. Prawdopodobnie byłam jedyną osobą niepełnosprawną w całym amfiteatrze.

To miał być koniec tej relacji tekstowej z koncertu Thirty Seconds To Mars, który odbył się 25 lipca 2019 roku w Słupsku, ale pozwólcie - proszę - na akapit "bonusowy". W mojej pierwszej relacji tutaj, dla bloga "Koncertoholicy" poinformowałam, iż zawsze dowalę swoje trzy grosze po to, aby pomóc innym niepełnosprawnym w takich kulturowych eventach. No i dowaliłam. Pisząc to wszystko nie miałam absolutnie żadnego zamiaru obrazić kogokolwiek - ani organizatorów, ani firm, ani ochroniarzy, ani fanów. Po prostu nienawidzę tkwić w kłamstwie i udawać, że wszystko jest super. O takich rzeczach, barierach, problemach i kłopotach TRZEBA mówić (i pisać) głośno, po to, aby ta lub inna agencja koncertowa wzięła to pod uwagę na przyszły raz i okazała więcej empatii oraz zrozumienia dla chorych osób. Nikt tego nie załatwi w ciągu jednego roku, ba!, to może zająć nawet pięć (albo i więcej) lat. Ale powoli, małymi kroczkami, można działać w tym kierunku, aby umilić czas nie tylko pełnosprawnym fanom, lecz i niepełnosprawnym. Bywa tak - i ja jestem tego przykładem, aczkolwiek znam wielu innych niepełnosprawnych, którzy tak samo czują i reagują - że osoby niepełnosprawne są niesamowicie wiernymi fanami, którzy dla swoich ukochanych idoli poświęciliby wiele... a może i wszystko. Bo gadka o kosztach (bilety, dojazd, paliwo, sklepik) skończy się prędzej czy później, ale wspomnienia i radość (oby... oby!) z powodu zobaczenia swoich "guru" zostanie w człowieku na zawsze. Nawet u niepełnosprawnych.

Jagoda Dobrzyńska, jagodadobrzynska.blogspot.com